Dwudniowy katolik

Dwudniowy katolik

Kościół okazuje się więc ostatnim bastionem niepokonanym przez wroga. Świątynia oprócz umożliwienia przeżycia Eucharystii daje nam klimat oderwania się od spraw, które zaprzątają nam głowę. Nie okłamujmy się, że pomodlimy się w domu. Jeśli nie przyjdziemy do kościoła, może dojść do sytuacji, że w ogóle nie pomyślimy przez cały tydzień o Bogu.

Polacy poświęcają na przeglądanie Internetu średnio 2 godziny i 6 minut dziennie. W ciągu roku daje to 766,5 godzin. Średni czas w ciągu doby poświęcony na oglądanie telewizji przez przeciętnego Polaka wynosił dokładnie 4 godziny i 36 minut, co możąc przez 30 dni daje 130,8 godzin miesięcznie, czyli przed telewizorem „pracujemy” niemal na pełny etat, którego norma wynosi 176 godzin, zaś w statystytykach dotyczących czasu przeznaczanegons oglądanie telewizji w Europie Wschodniej prześcigają nas tylko Węgrzy, zaś ich wyprzedzają Rumuni. Zatem my Polacy stojąc na „3” stoimy na podium!

Natomiast zestawiając ze sobą wskazane statystyki łatwo wyliczyć, że przeglądając Internet w ciągu roku przez ponad 766 godzin (766,5) oraz patrząc w ekran telewizora przez ponad 1569 godzin (1569,6) tylko tym „ekranowym” rozrywkom rocznie poświęcamy 2336 godzin (2336,1), czyli 97,3 spośród 365 dni w roku. Zatem przed monitorem komputera, z latbletem lub smartfonem w ręku, a także siedząc przed telewizorem w ciągu roku spędzamy 1,25 miesiąca.

W analogicznym okresie tj. roku kalendarzowego – uwzględniając, że standardową praktyką Polaka-katolika jest uczestnictwo w niedzielnej mszy świętej – Bogu poświęcamy zaledwie nieco ponad 2 dni w roku i pod warunkiem, że niedzielna Eucharystia trwa „długo”, czyli minimum 1 godzinę. Wszak nikt nie zaprzeczy temu, że rok dzielimy na 52 tygodnie, więc z górą 52 godziny, które  stanowią dokładnie 2,2 dni, przeciętny polski katolik w ciągu roku przeznacza na „chodzenie” do kościoła. Zaś tych statystyk nie podniosą nawet świąteczne (Pasterka i Rezurekcje) bądź okazjonalne (np. ślub w rodzinie) msze święte, gdyż wówczas trzeba by przyjąć żelazną zasadę, że każdy Polak-katolik regularnie – co tydzień – uczestniczy w niedzielnych mszach świętych, a tak nie jest. Nawet wtedy, gdy uczestnictwem w niedzielnej mszy świętej nazwiemy przychodzenie do kościoła.

Tym bardziej, że każdy kto chce poznać gesty i postawy obecne w liturgii musi również zderzyć się z prawdą – niestety brutalną – dotyczącą rzeczywistych zachowań Polaka-katolika.

Po pierwsze – znacząca większość osób „przychodzi” do kościoła „bo tak trzeba” – „bo tak wypada” – „bo kazali”; jedni po to, aby wejść do wnętrza i posiedzieć w ławce; drudzy po to, aby poodychać świeżym powietrzem i wykorzystując promienie słoneczne się poopalać nieco pozostają przed kościołem.

Po drugie – znakiem Krzyża, który należy zakreślić m.in. witając się z Chrystusem jest widoczny gest prawej ręki – z dłonią: w imię Ojca… – dotykającą czoła; … i Syna… – gdy prawa dłoń dotyka piersi; … i Ducha…  – który to zwrot wypowiadamy prawą dłonią dotykając lewego ramienia; dodając  … Świętego … , wówczas, gdy prawa dłoń dotyka prawego ramienia; kończąc ten widovzny znak naszej wiary słowem Amen, wypowiadanym wtedy, gdy dłonie składamy trzymając ramiona na wysokości piersi.

Dlatego należy zauważyć, że znakiem Krzyża nie jest podrapanie się po czole bądź dotknięcie brzucha w sposób przypominającym odganianie muchy. Złożonymi w geście modlitewnym także nie są dłonie położone w okolicach podbrzusza  – chociaż złączone to jednak tylko  tworzące „daszek” nad genitaliami.

Po trzecie – każdy katolik powinien wiedzieć, że wśród postaw w liturgii Kościół nie wskazuje przykucania, a także nie dopuszcza ćwiczeń gimnastycznych polegających na zgięciu prawej nogi w kolanie wraz z jednoczesnym wyciągnięciem lewej nogi do tyłu. Dlatego te osoby, które nie ogranicza lenistwo, lecz zapobiegają zabrudzeniu lub zniszczeniu odzieży do kościoła powinny przychodzić w kombinezonach roboczych lub przywdziewając na siebie ubrania ochronne. To będzie znacznie lepsze niż nie klękanie na jedno, a gdy trzeba na dwa kolana.

Po czwarte – uczestnictwo w Eucharystii potwierdza się głośnymi i wyraźnymi odpowiedziami na wezwania celebransa, a także przez śpiew. Stąd też pomrukiwanie pod nosem i/lub wypowiadanie wyrwanych z poszczególnych słów pojedynczych sylab nie jest uczestnictwem we mszy świętej, które przejawi się między innymi w słowie mówionym i śpiewanym.

Po piąte – nawet osoba tylko „przychodząca” do kościoła powinna wiedzieć, że uczestnictwo w liturgii poza zaangażowaniem wymaga skupienia. To zaś w sposób szczególny powinno towarzyszyć modlitwie eucharystycznej w której Chrystus ustami swojego sługi – księdza odprawiającego mszę świetą zaprasza na ucztę, wskazując na Jego Ciało i Krew – dla naszgeo zbawienia wydane i z miłości do nas wylaną.

Zatem powszechnie nazywane „podniesieniem” ukazanie tego zbawczego aktu, który zgodnie ze słowami Chrystusa „To czyńcie na Moją pamiątkę” każdego dnia odnawia się na ołatrzach we wszystkich kościołach i na całym świecie – to chwila, która nie może być zakłócana dżwiękiem „komórki” lub potwierdzającym odebranie SMS-a. Stąd też telefony należy wyłączyć przed rozpocząciem mszy świętej, a nie dopiero wówczas – gdy rozpraszając również innych uczestników liturgii – przymuszeni gestem dezaprobaty zamiast uczestniczyć w skupieniu, w liturgii zajmujemy się naszym telefonem.

Po co przychodzimy na Eucharystię

Po tej w pełni zasłużonej połajance warto coś przemyśleć. Zastanowić się. Po co przychodzimy na Eucharystię? Gdyż nawet wówczas, gdy Bogu poświęcamy „aż tyle!” czasu bo 52 godziny rocznie – notabene podzielonego na tygodniowe „raty”, zapytajmy: W jakim celu chodzimy na Mszę Świętą?

W tym miejscu warto, a nawet trzeba zwrócić uwagę na słownictwo i pisownię. Jeżeli o mszy świętej piszemy jako o wydarzeniu, bez uwzględniania zaangażowania emocjonalnego zawsze należy czynić to małymi literami. Natomiast, gdy szczególnie w tekstach teologicznych słowa Msza Święta są synonimem Eucharystii wówczas należy – wraz ze skrótem „Św.”, co jest wyjątkiem, gdyż co do zasady skróty piszemy małymi literami – Msza Święta (Św.) pisać dużymi literami.

Laicyzacja obyczajów sprawiła, że porównywalnie np. do meczu, festynu, widowiska również msza sięta „się odbyła”. Czemu – nomen omen – nawet nie sprzeciwiają się niektórzy księża. Jednakże właściwym określeniem dla – nie ważne w tym przypadku, czy „małej”, czy „dużej” mszy – jest określenie: była odprawiona, jest sprawowana lub celebrowana. Pozostanie przy tych uznających wysoką rangę Eucharystii określeniach należy uznać za właściwe. Zwłaszcza, że również np. osoba idąca do lekarza oczekuje nie pozbawionego humanizmu leczenia, a nikt z nas nie chce być traktowany jako zdehumanizowany przedmiot wobec którego zastosowano nieżyciowe procedury opracowane przez NFZ. Dlatego także nie odbierajmy Eucharystii – Mszy Świętej tego, co jej się należy.

Tym bardziej, że – jak pisze na prowadzonym przez siebie portalu ewangelizuj.pl ks. Piotr Śliżewski – obserwujemy…

Istny monopol twierdzenia, że Eucharystia jest z obowiązku. Trzeba koniecznie tę tendencję zwalczyć. Z taką motywacją nie ujedziemy zbyt daleko. Spadające zainteresowanie Najświętszą Ofiarą pokazuje, że już powoli zaczynamy „jechać na oparach”.

Jak więc patrzeć na Najświętszą Ofiarę?

Po pierwsze, jak na moment zatrzymania. Możemy sobie wyobrazić, że każde wejście do świątyni jest podobne do zaciągnięcia hamulca ręcznego i zatrzymania się z spiskiem opon. Co dzień biegniemy, załatwiamy wiele spraw. Kiedy wchodzimy do kościoła mamy okazję przejść przez wielkie drzwi i pozostawić poza nimi nasz pęd. Gdybyśmy chcieli tego dokonać w domu, mogłoby się nie udać. Sterta papierów przypomina nam, że nie skończyliśmy pracy. Nieumyte talerze zaczynają obrastać mchem, zresztą jest ich tak dużo, że w kuchni czujemy się jak w górach. Albo telefon, który gra ciągle to nowe melodyjki. W końcu nie służy już tylko do dzwonienia, ale odgrywa rolę miejsca dowodzenia konta na Facebooku, kilkunastu maili i bloga. To wszystko sprawia, że jesteśmy niewolnikami swojej codzienności, chociaż od tylu lat świętujemy już Polsce niepodległość. Kościół okazuje się więc ostatnim bastionem niepokonanym przez wroga. Świątynia oprócz umożliwienia przeżycia Eucharystii daje nam klimat oderwania się od spraw, które zaprzątają nam głowę. Nie okłamujmy się, że pomodlimy się w domu. Jeśli nie przyjdziemy do kościoła, może dojść do sytuacji, że w ogóle nie pomyślimy przez cały tydzień o Bogu.

Po drugie, Msza Święta pozwala nam przeżywać wiarę z innymi ludźmi. Chociaż coraz częściej kreujemy się na indywidualistów, dostrzegamy, że w modlitwie wspólnotowej jest coś wyjątkowego. Gdy kościół pęka w szwach i nie możemy usiąść na kazaniu, czujemy się szczęśliwi. Zamiast denerwować się na proboszcza, dlaczego nie dorobił ławek, cieszymy się, że inni podzielają to, w co wierzymy. Eucharystia w kościele, w odróżnieniu do osobistej modlitwy, pozwala zobaczyć, że z tym Bogiem jest „coś na rzeczy”. Indywidualna modlitwa, chociaż może być prowadzona w bardzo barwny sposób, nie daje tak „namacalnego doświadczenia”, że jesteśmy częścią Kościoła. Siedząc i odmawiając najpobożniej Różaniec, nie usłyszymy, że ksiądz modli się w dzisiejszej Mszy za chorą mamę lub o radość wieczną dla Marii. Nie chodzi oczywiście o to, by promować plotkarstwo. Intencje pokazują nam wiarę innych. Ktoś powierza intencję kapłanowi, bo wierzy, że Bóg może pomóc. Każda intencja jest więc dowodem wiary ofiarodawców, a dla nas pstryczkiem w nos i pytaniem: „a czy Ty wierzysz, że Bóg poukłada także Twoje życie?”.

Po trzecie, Eucharystia daje kolejną sposobność do rachunku sumienia. Bez kolejki do konfesjonału, możemy otrzymać rozgrzeszenie z grzechów powszednich. Gdy słyszymy, że mamy przeprosić za grzechy, możemy zastanowić się, co „nie styka” w moim kontakcie z Bogiem. Po tym wszystkim odśpiewujemy „Kyrie elejson”, a „w polskiej wersji językowej”: Panie, zmiłuj się nad nami. Zresztą wielu spośród nas woli śpiewać po grecku, ponieważ gdy uświadomi sobie jak obraziło Boga, to aż wstyd śpiewać tak intymne słowa na cały głos przy wszystkich.

Po czwarte, przychodzimy na Mszę Świętą by zrzucić z siebie ciężar naszych przeżyć i trudności. Czym częściej uczestniczymy w Eucharystii, tym lżej się nam żyje. Może to brzmieć sielankowo, ale tak jest naprawdę. Trzeba wyjść z domu z tym, co nas boli. Nie można zamykać tego w czterech ścianach. Ukrywanie zła może spowodować, że zbyt bardzo się do niego przyzwyczaimy i sprawimy, że nasze wady zostaną „udomowione”. Kupimy dla nich karmę, miseczkę i położymy kocyk przy lodówce. Będą naszym nowym pupilem. Rada jest prosta: trzeba czasami wyjść na spacer ze swoją złością, a jeszcze lepiej, gdy ta przechadzka kończy się w kościele. Choćbyśmy mieli zaparkować przed świątynią wywrotką i łopatą przerzucać nasze problemy jak węgiel, Bóg wszystko przyjmie i spali w ogniu swojej miłości. Zresztą część Mszy zwana Ofiarowaniem, nie jest tylko po to, by ministranci nakryli ołtarz, a ksiądz zalał kielich wodą i winem. Ten moment jest ważny także ze względu na intymne przeżycie każdego z uczestników Liturgii. Na ołtarzu, obok hostii, patenty, mszału i mikrofonu, powinny leżeć nasze problemy. To wszystko, co nosimy w sercu powinno być na ołtarzu. Tylko czy my mamy wystarczającą wiarę, by podzielić się z Bogiem złem, do którego często zbyt bardzo się przywiązaliśmy?

Po piąte, Najświętsza Ofiara daje nam możliwość posłuchania Słowa Bożego. Nie mów mi tylko, że możesz poczytać Pismo święte w domu. Chociaż to prawda, to szczerze sobie odpowiedz, ile razy to robisz. Nie raz, kiedy zapytałem ludzi o to, czy mają Pismo święte, odpowiadali twierdząco. Kiedy zaś pada kolejne pytanie: Ile razy do niego sięgają, to odpowiedzi nie są już tak optymistyczne. Niestety tak to jest, że chociaż coś się ma, to nie znaczy, że się z tego korzysta. Powracając, Msza św. daje nam możliwość posłuchania Słowa Bożego. Trochę Starego i trochę Nowego Testamentu. A na dodatek, jako wisienka na torcie, możemy posłuchać kazania. Z odbiorem tego ostatniego bywa różnie. Są przecież lepsi i gorsi kaznodzieje. Ale trzeba pamiętać o jednym, że homilia jest częścią Liturgii Słowa. Co to oznacza? Otóż to, że przez słowa kapłana mówi sam Bóg. Treść homilii jest bowiem „uaktualnieniem” Objawienia sprzed dwóch tysięcy lat. Także, obojętnie jak by było nudno, zawsze warto zapamiętać choć jedną myśl, która może nam towarzyszyć do następnej Mszy Świętej. Nie można traktować kazań jako „radosnej twórczości księży”. Gdy odniesiemy je do własnego życia, może to pomóc podtrzymywać życie Boże w codzienności.

Po szóste, uczestnicząc we Mszy świętej, łączymy się ze wszystkimi ludźmi na świecie. Modlitwa powszechna jest tego najlepszym przykładem. Słyszałem o starszych ludziach, którzy doceniają ten moment Eucharystii, ponieważ „można się czegoś dowiedzieć”. Traktują tę modlitwę jako skrót wiadomości. Mówią, że zamiast włączać telewizor, wolą posłuchać intencji modlitwy powszechnej. Dowiadują się podczas niej, co istotnego dzieje się na świecie. Gdzie wybuchły wojny, jak czuje się Ojciec święty, lub jaki jest stan moralności na świecie. Jest w tym wielka mądrość, bowiem jako katolicy (co tłumaczy się zresztą jako „powszechni”), powinniśmy interesować się losami całego świata. Nie można sobie powiedzieć, że najważniejsze jest tylko moje podwórko, a co najwyżej pomoc sąsiadowi za płotem. Msza Święta uczy nas zainteresowania sprawami całego globu. Mamy pomagać także ludziom zza oceanu, zarówno poprzez rzucenie grosika na misje, jak i poprzez modlitwę za ofiary i ich agresorów.

Siódmym motywem, wymienianym na końcu, by najlepiej zapamiętać, jest spotkanie z żywym Bogiem. Stwórca nie chciał byśmy w naszej drodze do nieba byli skazani na samotność. Pozostawił nam siebie w Eucharystii. Bóg bardzo dobrze wie, że człowiek potrzebuje Jego materialnej obecności. Nie potrafi ciągle wyobrażać sobie, że gdzieś Bóg jest. Dlatego przychodzi On podczas każdej Eucharystii w znaku chleba i wina. Odbywa się to w sposób tajemniczy, bez akompaniamentu trąb i medialnego rozgłosu, by nie przestraszyć człowieka. Wyobrażasz sobie, co by było gdyby Bóg w pełnym swoim majestacie i potędze przemieniał się na ołtarzu? Mogłoby to przestraszyć ludzi. Nie byłoby już wtedy zresztą wiary i dowolności religii. Na pewno każdy wybierałby Boga. Niektórzy na pewno by tak chcieli. Ale czy wtedy moglibyśmy mówić o miłości do Boga? O wolnym wyborze, że kocham Go lub nie? Zresztą nie ma co tego roztrząsać. Trzeba zgodzić się na wolę Boga, że tak a nie inaczej zaplanował nasze zbawienie.

Podsumowując, warto się zastanowić, czy te 7 powodów, które są zresztą tylko namiastką bogactwa Mszy Świętej, przekonują mnie do głębszego zaangażowania? Nie można podchodzić do Eucharystii rutynowo. Tutaj dzieją się ciągle nowe rzeczy. Inne teksty mszalne, różne fragmenty Pisma Świętego oraz co najważniejsze, ciągle inaczej przemawiający Bóg. On wypowiada Słowa, których najbardziej w danej chwili potrzebujemy…

Powtórzy: Tutaj dzieją się ciągle nowe rzeczy. Inne teksty mszalne, różne fragmenty Pisma Świętego oraz co najważniejsze, ciągle inaczej przemawiający Bóg. On wypowiada Słowa, których najbardziej w danej chwili potrzebujemy…– a my dajemy Bogu i sobie zaledwie nieco ponad 52 godziny – około 2 dni w ciągu całego roku kalendarzowego.

Dlaczego „aż tyle”? … Dlaczego TYLKO tyle?!

/ jres. /

Close Menu

Zamówienie pakietu EXTRA

[contact-form-7 404 "Not Found"]

Zamówienie pakietu PREMIUM

[contact-form-7 404 "Not Found"]

Zamówienie pakietu SUPER

[contact-form-7 404 "Not Found"]

Zamówienie pakietu STANDARD

[contact-form-7 404 "Not Found"]

Zamówienie pakietu BASIC

[contact-form-7 404 "Not Found"]